sobota, 9 lutego 2013

Dzień Restauracji co weekend? tylko w Londynie na Brick Lane UpMarket

Przy okazji postów o 3.edycji Restaurant Day i Urban Markecie pojawiło się porównanie do Brick Lane. Obiecywaliśmy, że napiszemy słów kilka jak to się robi w Londynie, więc dotrzymujemy słowa. Tym bardziej, że kolejny RD już 17 lutego, a pop upy już się szykują do startu.

Brick Lane to ulica we wschodnim Londynie, serce dzielnicy zamieszkałej przez imigrantów z Bangladeszu. Od 2004 roku, co niedzielę, w dawnym browarze The Old Truman Brewery ożywa Sunday UpMarket. Od 9:00 do 17:00 można tu zjeść pyszności z całego świata (stoisk może być około setki), kupić co dusza zapragnie i bawić się  przy muzyce na żywo. Sunday UpMarket to miejsce dla artystów i designerów. Oprócz jedzenia kupimy oryginalne (nie mylić z markowymi :) ubrania, biżuterię handmade, a nawet rowery (mega sklep z ostrymi kołami)! Dla nas to jednak przede wszystkim mekka kulinarna. 

Londyn to miks kulturowy, wiadomo. Tutaj mieszkają ludzie z całego świata i to widać na stoiskach UpMarketu. Jest kolorowo i aromatycznie. Nie mówiąc o ilościach jedzenia. Stragany uginają się pod ciężarem naczyń wypełnionych potrawami. Sami zobaczcie. Ogrom.



My ruszyliśmy na podbój UpMarketu tuż po śniadaniu. Nie do końca byliśmy w stanie skusić się na coś  konkretnego, więc przede wszystkim chłonęliśmy atmosferę. A ta jest fenomenalna. Zewsząd dobiega muzyka, dookoła uśmiechnięci ludzie. Niedzielny luz unosi się w powietrzu. Człowiek najedzony, człowiek zadowolony!


Kilka kwadransów minęło i okazało się jednak, że nie samą muzyką i atmosferą człowiek żyje i zjeść coś w końcu trzeba. W doborze przekąski lunchowej kierowaliśmy się intuicją. Pierwszy traf był lekkim niewypałem. Lubimy jak jedzenie jest ciepłe, a ten stożek zwany ..... nie był (widoczny na zdjęciu poniżej z prawej strony). Nasza intuicja nie zwiodła nas jednak przy drugim podejściu. Co to było? Pyszności. Jak się nazywało? Nie pamiętamy, ale pochodziło z Indonezji (to z kolei na zdjęciu na samym dole). Obłędnie dobre. Gorące, że ach.



W Londynie - Restaurant Day -w pewnym sensie jest co tydzień. Na nim wybór totalnie multi kulti i mega profesjonalne podejście. Cóż my w Poznaniu i w Polsce jesteśmy na dobrej drodze. Jest super...ale pomarzyć można. Cóż jak to mawiają - jaki kraj takie Hollywood;)

A wy w Waszych podróżach natafiliście na podobne miejsca  Może ktoś chce się podzielić wrażeniami?

środa, 6 lutego 2013

Hugo – czyli Respect for Food

Wiele słyszeliśmy o Hugo Restaurant lokalu mieszczącym się w Starych Koszarach przy City Parku na poznańskim Grunwaldzie. Słyszeliśmy jakoby, tutejsi kucharze gotowali dla Jana A.P.Kaczmarka podczas Festiwalu Transatlantyk, że promują się hasłem – Respect for Food, że słyną z  wykorzystania regionalnych składników, że rekomenduje ich Slow Food Polska i… że są niemiłosiernie drodzy i serwują niewielkie porcje.


Odwiedziliśmy ich dla Was i mamy same dobre informacje – tak – Gotowali na Transatlantyku, tak - używają rewelacyjnych regionalnych składników i są w trakcie uzyskiwania rekomendacji Slow Foodu. Na szczęście serwowane dania okazały się bardzo rozsądnych rozmiarów, a stosunek ceny do jakości wręcz wyśmienity.  Nie chcemy przesadzać w naszych zachwytach nad  Hugo, (choć moglibyśmy) ale uważamy, że to must be dla każdego smakosza w Poznaniu. Kiedy tylko przydarzy Wam się okazja, koniecznie poszerzcie swoje kulinarne horyzonty o menu tej restauracji. A ponieważ o okazje przed Walentynkami nie trudno już wkrótce będziecie mogli przekonać się co dobrego traciliście.


My przepadamy za owocami morza i pysznymi deserami więc poszliśmy w stronę degustacji afrodyzjaków. Postanowiliśmy poszukać w menu przegrzebków, krewetek i kalmarów oraz spróbować fondanta czekoladowego, o którym w Kulinarnym Poznaniu i nie tylko krążyły legendy. Są tacy, którzy twierdzą, że jest to najlepszy deser na świecie.

Po wejściu do Hugo zaciekawił nas już na wstępie koncept tej restauracji. Spokojne i nowocześnie zaprojektowane wnętrze kryje w sobie kilka ciekawych rozwiązań. Główna część sali restauracyjnej daje zasiadającym przy stoliach poczucie przestronności i intymności, nawet kiedy w lokalu nie brakuje innych gości. Z prawej strony mamy natomiast coś co najbardziej przyciąga czyli ogromną witrynę otwierającą przed nami serce lokalu -  kuchnię. A podglądanie kuchni w Hugo to jak wizyta w dobrym teatrze. Nieustanny spektakl na 3 kucharzy i reżysera – czyli szefa kuchni, który cały czas nadzoruje pracę zespołu. To jak załoga Hugo pracuje budzi podziw – skupienie, pewne ruchy, zero chaosu i harmonia. W kuchni panuje idealny porządek, a dania powstają na 3 niezależnych stanowiskach. W finałowej scenie szef kuchni łączy je w dopracowane kompozycje. Warto wspomnieć tutaj dwa słowa o osobie głównego kucharza – Dominika Narlocha. Dominik to poznaniak o bardzo otwartej i kreatywnej osobowości kulinarnej. W swojej kuchni stawia na nowoczesność, ale nie obce jest mu zrozumieniu tradycji. Dlatego jego dania powstają z wielkopolskich składników, które kupuje na Rynku Jeżyckim lub wprost od   wielkopolskich rolników i hodowców. Na ten temat przeczytacie więcej w wywiadzie z Dominikiem na stronie Kulinarnego Poznania pod adresem  http://kulinarnypoznan.pl/nasi_szefowie.html.

Wracając do dań. Zdecydowaliśmy się zamówić kompozycję dla dwojga. Jedną przystawkę, którą postanowiliśmy zjeść razem. Jedną mogącą posłużyć za danie główne – w szczególności płci pięknej.   Jedno solidne danie główne, które nasyci nawet tych najbardziej głodnych kulinarnych doznań. Na koniec deser, który znowu zamierzaliśmy zjeść razem.

Zaczęliśmy od Tatara z Przegrzebek z Pieczoną Kaszanką, Sałatką z Roszponki oraz Jabłka Granny Smith i Sosem z Rukwi Wodnej. Nazwa zdradzała, że na talerzu sporo się będzie działo. Jednak to co otrzymaliśmy przekroczyło oczekiwania. Przede wszystkim walory wizualne kompozycji, którą nam podano sprawiły, że jeśli jadło by się oczami już bylibyśmy najedzeni. Danie podane na talerzu z grafitowego łupka wyglądało obłędnie. W opisie nie wspomniano nic o pomidorach przesyconych aromatem czosnku i tymianku, które wraz z przegrzebkami stanowiły podstawę kompozycji. Zestawienie owoców morza z kaszanką i orzeźwiającym jabłkiem wydać się może delikatnie kontrowersyjne. Jednak smaki te perfekcyjnie się uzupełniały. Co więcej  różnice w kolorze i teksturze poszczególnych składników dostarczały dodatkowych doznań kulinarnych pokazując na czym opiera się temperament Hugo Restaurant. Kolory na talerzu były tak żywe i zróżnicowane, że kompozycją nie można było się znudzić, nawet w miarę jak znikały składniki wciąż przed oczami rysowało się małe dzieło sztuki.
Oboje zaspokoiliśmy pierwszy głód i z ciekawością i zaostrzonym apetetem czekaliśmy na następne dania.  W drugim rozdaniu pojawiły się: Ravioli z Krewetkami i Musem z Łososia, Duszonym Porem i Veloute z Trawy Cytrynowej z Ikrą z Pstrąga, które wyglądało bardzo okazale oraz Łosoś Gotowany w Niskiej Temperaturze (Sous vide) z Pieczonym w Soli Selerem, Zieloną Soczewicą z Świeżą Trybulą i Sosem z Kałamarnicy. Pierwsze danie do w zasadzie przystawka, drugie pochodziło już z kategorii dań głównych. Nasze pierwsze odczucie – obie porcje przerosły nasze oczekiwania co do gramatury. Ravioli spokojnie wystarczy za danie obiadowe dla pań, natomiast łosoś pojawił się w rozmiarze xl. Oba dania to kulinarna maestria. Od najdrobniejszego detalu, przez skład kompozycji, aż do odczuć smakowych były dopracowane tak, że nie sposób wskazać co mogłoby zagrać lepiej. Ravioli można określi jako danie smaczne, na pewno nie nudne, ale perfekcyjnie zrównoważone. W łososiu charakterystyczne dla Hugo Restaurant połączenie przeciwieństw znowu dało się odczuć w pełnej okazałości. Delikatny maślono-miodowy smak i tekstura łososia sus vide został wyśmienicie dopełniony przez rustykalny, lekko przypalany seler.  Do tego delikatne, śmietankowe puree z selera, soczewica al dente i podsmażone baby kalmary. Połączenie zmuszało do kulinarnej ekscytacji przy każdym kęsie.  Pomimo szacunku jaki budził solidny kawał łososia i spora ilość dodatków, dania nie można było za długo konsumować. Wciąga jak narkotyk – uważajcie. Dla mnie osobiście łosoś sus vide w Hugo to numer jeden tej techniki w Poznaniu. Polecam amatorom i zawodowcom. Smak nie do podrobienia.




Na koniec podano nam deser. Mieliśmy wątpliwości czy uda nam się go zmieścić po tak obfitym posiłku. Fondant czekoladowy – bo o nim mowa wyglądał ciekawie, ale dość niewinnie. Na ciastku przypominającym mafinkę, położono gałkę lodów do złudzenia przypominających jajko. Po zanurzeniu łyżki z lodowej masie i przebiciu się przez skórkę ciasta czekoladowego na naszych oczach nastąpił powolny wyciek gęstego czekoladowego płynu. Po pierwszym kęsie odpłynęliśmy. Ocierające się o grzeszną rozkosz połączenie gorącej płynnej czekolady z chrupkim czekoladowym ciastem i zmrożonymi waniliowymi lodami wprawiło nas w nie lada zakłopotanie. Przecież to jeszcze nie walentynki, a my już czujemy się jakby niczego nam do szczęścia nie brakowało.


Podsumowanie. Hugo Restaurant to restauracja inna niż wszystkie. Prawdziwa pasja i zrozumienia na czym polega sztuka kulinarna są tu zauważalne w każdym detalu. Nad całością konceptu czuwa przeurocza właścicielka Agnieszka Tylenda, która dba zarówno o odczucia gości jak i sprzyjający klimat do pracy dla teamu restauracji. Kto nie zna jeszcze tego lokalu – dobra rada wypada spieszyć się z rezerwacjami.  Już nie długo okazać się może, że do Hugo podobnie jak to Kopenhaskiej Nomy i innych topowych restauracji w Europie zapisywać się będziemy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Nasza rekomendacja  - odwiedźcie to miejsce jak najszybciej – Wasze kulinarne horyzonty na pewno poszerzą się o nowe doznania.

wtorek, 29 stycznia 2013

Wrażenia z GOKO


Świąteczno-noworoczne szaleństwa kulinarne spowodowały u nas delikatny przesyt kuchnią polską, więc postanowiliśmy w pierwszych miesiącach 2013 roku skupić się na poszukiwaniu egzotycznych smaków. Wybieramy sushi i kuchnię japońską. Cel:  chcemy poznać smak najlepszego sushi w Poznaniu. Na celownik bierzemy restauracje uważane za mekkę japońskich smaków w naszym mieście: Goko, Matii Sushi Restaurant, Violet Sushi & Yakitori oraz 77Sushi. Po wizycie w Matii kolej na GOKO Resturację Japońską, która znajduje się na ul. Woźnej 13, między Garbarami a Mostową. Po przekroczeniu progu znajdujemy się w stylowym, czarno-czerwonym wnętrzu, które umiejętnie balansuje pomiędzy klasyczną elegancją a nowoczesnością. Autentycznego japońskiego charakteru nadają mu ikebany stojące na barze i oryginalne japońskie laleczki kokeshi. Ich okazała kolekcja znajduje się także nad ostatnim stolikiem, w głębi sali.


Najciekawszym „elementem” GOKO jest jednak sushi master, który z wprawą samuraja operuje za barem długim nożem (Yanagiba). Trochę nas kusi, żeby usiąść niedaleko albo przy barze i załapać się na show. Siadamy jednak przy stoliku. Zamawiamy herbatę jaśminową i wiśniową. Po kilku minutach dostajemy żeliwne czajniczki, a w nich oryginalną herbatę z Japonii. Ciekawy, owocowy smak z zaskakującą nutką aromatów dymnych.

Nie chcąc zamawiać oczywistych i znanych wcześniej dań, pytamy sushi mastera o rekomendację. Chwila rozmowy i dowiadujemy się, że dziś do restauracji przyleciał z Amsterdamu świeży tuńczyk, więc koniecznie powinniśmy spróbować tuńczyka z makaronem ryżowym. Patryk Jerzykowski, szef kuchni GOKO, pyta czy lubimy nieco zaszaleć i podsuwa pomysł na popisowe futomaki o intrygującej nazwie spider roll. Jest to rolka, w którą zawinięte są dwa kraby we fryturze z awokado, sałatą, tobikko i chili mayo. Brzmi fascynująco. Na start zamawiamy jednak nigiri z łososiem. Klasyk. Czysty smak ryżu i ryby (nigiri sake). Ponieważ jedno z nas prowadzi tylko ja decyduję się zamówić japońskie wino o nazwie umeshu.


Ciekawość nie pozwoliła nam czekać na zamówione dania przy stoliku. Po chwili towarzyszyliśmy Patrykowi przy barze. Na wstępie wyjaśnia nam, że swój nóż do sushi – yanagiba - zakupił w Japonii, gdzie wspólnie z żoną, która również jest sushimasterką, poznawali oryginalne smaki kuchni japońskiej. Okazuje się jednak, że perfekcję w przygotowywaniu dań „made in Japan” Patryk zdobył w Kopenhadze, gdzie ukończył prestiżową Akademię Sushi. Z każdą chwilą czujemy jak nasza fascynacja sushi i kuchnią japońską rosną, nasze apetyty również. Gdy rozwodzę się o wyższości łososia nad tuńczykiem i pytam o zdanie Patryka ten podsumowuje to krótko: na największym targu rybnym w Tokio – Tsukiji, króluje tuńczyk. Nie znajdziesz świeżego łososia, bo nie pływają one wokół wysp japońskich. Dlatego dla Japończyków łosoś jest rybą nieświeżą. Swoją drogą wyobraźcie sobie, że dla Japończyków kwintesencją świeżości jest ryba która rusza się jeszcze podczas jedzenia – rozwija temat Patryk. Jak to jest możliwe? - pytam z niedowierzaniem. Patryk odpowiada spokojnie, że odkrawa jej się jeden płat, a pozostałą część wrzuca do akwarium, gdzie ryba jeszcze pływa. To z pewnością jest kulinarne ekstremum, na które w naszej kulturze kulinarnej nie ma zapotrzebowania - a jeśli jest, to minimalne. W rozmowie dowiadujemy się jeszcze masy ciekawostek apropos japońskiej tradycji kulinarnej, np. że futomaki (rolki sushi z wieloma składnikami) pełnią w Japonii rolę fastfoodu dla dzieci, a grzyby shitake są nie tylko smaczne, ale również udowodniono ich działanie przeciwnowotworowe.


Patryk kończy opowieść i kulinarne przygotowania. Wracamy do stolika. Urzeka nas niesamowita japońska ceramika. To „konik” właścicielki GOKO. Po chwili kelnerka serwuje nigiri sake, makaron ryżowy z tuńczykiem i spider rolla. Oczywiście klasyczny smak łososia na start połączony z łykiem zimnego, słodkiego, białego wina zaostrza tylko mój apetyt. Później silny akord smakowy tuńczyka, który ku naszemu zadziwieniu smakuje wybornie – bliżej mu do polędwicy wołowej niż do dorsza. Ma intensywny mięsny smak, który podsycony nieco sosem sojowym zapamiętuje się na długo. W końcu to klasyczny 5 smak – umami. Na koniec największe wyzwanie – spider roll - rolka z krabami. Początkowy opór psychiczny przed tym daniem ustępuje po pierwszym kęsie. Pyszności, chrupiąca panierka i delikatne niczym najlepsze krewetki mięso. Kraby okazują się niesłychanie smaczne, a ich spożywanie to nie lada przeżycie.


Podsumowując – Goko oferuje nam podróż kulinarną. Przenosimy się do Japonii i mamy możliwość poznania smaków kraju kwitnącej wiśni tak wiernie odwzorowane, jak to tylko jest możliwe. Składają się na to wystrój wnętrza, oryginalna unikatowa porcelana i maestria sushi masterów. W oczekiwaniu na zamówienie zachęcamy do rozmowy z sushi masterami. Dzięki ich wiedzy, którą chętnie się dzielą, potrawy smakują inaczej!


sobota, 26 stycznia 2013

SMAK I KUKBUK


2013 rozpędza się na całego. Słychać już, że drugi numer magazynu SMAK się drukuje, więc czas najwyższy poświęcić kilka słów dwóm kulinarnym nowościom wydawniczym końcówki 2012. Zapewne są jeszcze tacy, którzy nie mieli okazji wziąć do ręki SMAKU i KUKBUKA, więc post nie będzie aż taki nie na czasie. Oba magazyny kupiliśmy jak tylko pojawiły się w Empiku. 144 strony SMAKU i 200 KUKBUKA leżały i kusiły, ale jakoś czasu brakowało, żeby tak przeczytać od deski do deski. Chociaż kukbukowy przepis na gęś przydał się bardzo. A gęś była wyborna! Tak czy inaczej przeczytanie magazynów znalazło się na liście priorytetów na styczeń 2013. Udało się, więc podsumowujemy.


SMAK pojawił się pierwszy. I dla nas miła niespodzianka, bo już na 10 stronie doceniono Białostocki Szlak Kulinarny, którego idea, wydawnictwa i początkowe działania to efekty naszej pracy (landbrand) dla miasta Białystok. Nie ma to jednak specjalnego wpływu na naszą opinię o magazynie, który broni się sam. KUKBUK pojawił się w grudniu. Oczekiwany z niecierpliwością przez miłośników kulinariów z pytaniem „jaki będzie?, podobny do SMAKU?” Nasza odpowiedź: jest inny. Ale inny nie znaczy gorszy, ani lepszy. Po prostu te gazety się różnią.

GRAFIKA.
SMAK. Oszczędna, niedosłownie kulinarna, okładka, podpowiada, że SMAK to gazeta lifestajlowa. A co w środku? Dobry papier, który sprawia, że mamy przyjemne odczucia dotykowe. Może nie wszyscy zwracają na takie detale uwagę, my tak. Gruby papier eko to dla nas duży plus. Dobrze trzyma się tę gazetę w rękach. I nie chce się jej odkładać. Ale to nie tylko przez papier. Dobry jest też skład graficzny. Tak ogólnie. A w szczególności skład na stronie 8 i 9 - ZUPA KOŹLARZY i schemat kanapki na 73. Poza tym fajnie dobrane czcionki, które sprawiają, że gazeta „się czyta”. Dużo i duże zdjęcia to znany trend w magazynach lifestajlowych i tutaj też je znajdujemy. Jak dla nas trochę za dużo i trochę za duże, ale rozumiemy ten zamysł. Co jeszcze? SMAK jest lekko mroczny, przefiltrowany. Taka stylistyka, jednym się podoba, innym nie. Moim zdaniem to dobry wyróżnik na polskim rynku wydawniczym.


KUKBUK. Na pierwszy rzut oka – ciekawy, nieco większy od A4, format. Niektórzy mówią, że za duży, żeby włożyć do torby i mieć go pod ręką. Mi się podoba. Podobnie jak w SMAKU okładka zdaje się zdradzać czego można się spodziewać dalej. A co na okładce? Gęś. Upieczona. Pięknie prezentowana przez elegancko ubraną kobietę, która stanowi jedynie tło.  I taki właśnie w moim odczuciu jest KUKBUK. Po pierwsze jedzenie i przepisy, po drugie lifestyle. Ale to drugie wynika z pierwszego. Idąc dalej w stronę graficzno - techniczną. Papier kredowy, choć kojarzy się z powszechnością i właściwie stosowany jest w większości magazynów wszelakich, a my jakoś nie pałamy do niego głębokim uczuciem, pasuje do KUKBUKA. Do delikatnej, nowoczesnej typografii i fotografii, które w założeniach mają być jasne i ostre, bez filtrów, prawdziwe. Skład czytelny, zdjęcia apetyczne. Aż chce się coś zjeść.



TEMATYKA.
SMAK. Ciekawostki, nowostki, trochę designu. Polska i świat przemieszane. Trochę też swojsko, a swojsko jest modnie i offowo, a to wydaje się być ważne w SMAKU. Lekko rozkołysany wywiad z Dwurnikiem, rozkładówkowa kolacja na dachu z sarną w roli głównej (gdzie tak można?), opowieść o spożywaniu będącego pod ochroną trzandla, nadają magazynowi określony styl. Jedni się w nim odnajdą, inni nie. Mi bardziej w smak trafił przepis na kanapkę z serem provolone (tylko gdzie go kupić?), karmelizowaną cebulą, polędwicą wołową i ziemniakiem, historia barszczu z mieszanką 37 ziół rodem z SGGW i ranking win, ocenianych na podstawie etykiet. Przewrotnie i z pomysłem. Bardzo fajne fotostory o kuchniach i ich właścicielach zadowoli tych, którzy lubią „podglądać”. Są także stałe rubryki (jeśli tak można mówić w kontekście pierwszego numeru ): okruchy czyli aktualności i nowości z kulinarnego podwórka, restauracje – recenzje lokali z Polski i Europy nawet,  a także recenzje i opisy książek i filmów. Podtrzymuję, że SMAK to gazeta lifestajlowa, choć wprawne oko znajdzie także przepisy. Z pierwszym numerem zjemy i śniadanie i obiad i deser. Ktoś policzył i przepisów jest ponad 30. 



KUKBUK. Bardzo fajny podział magazynu i jednocześnie spisu treści na śniadanie, obiad i kolację. I w tym rytmie ułożone są treści. Oryginalnie. Najpierw trzy propozycje śniadaniowe znanych blogerek kulinarnych, potem artykuł o planowaniu zakupów, czekoladzie pitnej - idealnej do wypicia przed południem, potem bardzo fajne odkrycie japońskich bento, jako propozycji zdrowych lunchy w rozplanowaniu na cały tydzień, rzecz o nalewkach, cydrze lodowym  i przechodzimy do obiadu czyli konkretów. Bardzo czytelny podział. Podoba mi się.


Śmiało można powiedzieć, że KUKBUK – jak sama nazwa wskazuje, to książka kucharska. Przepisów jest moc. Wszystko udokumentowane, obfotografowane. Może mniej zaskakujący skład niż w SMAKU, ale aż chce się gotować. Sami jesteśmy najlepszym tego przykładem. Artykuł Po robocie zachęcił nas do eksperymentu z gęsiną. Przepis prościuteńki, składniki ogólnodostępne, gęś pyszna. A do tego chutney ze śliwek (przepis na kolejnej stronie) i świąteczny obiad był hitem. Oprócz przepisów można także poczytać. Świetnie rozebrana gęś czyli kilka słów o tym na co przydadzą się jej różne elementy, ciekawie przedstawione sylwetki kucharzy warszawskich, propozycje lektury kulinarnej (bardziej popularnej niż w SMAKU) i bardzo fajny felieton Macieja Nowaka o ekofrajerach. Ponadto, interesująco przedstawiona odpowiedź na pytanie "Skąd przypłynęła Twoja świąteczna kolacja? i skórki w różnych odsłonach. Ostatnia strona czyli kukbukowa OSTATNIA WIECZERZA  to rzecz o posiłku marzeń szefów kuchni, którzy – jak na ironię, na co dzień nie mają czasu na przygotowywanie jedzenia dla siebie. W pierwszym numerze rozmarzony Robert Trzópek z Tamka 43.




REKLAMY.

SMAK. Skrzętnie ukryte, dyskretne. Na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz, że to gazeta bez reklam. Oprócz tylnej okładki. A one naturalnie wpisały się w skład i mam wrażenie, że w treść także. I nic w tym złego. Ktoś musi się przecież do wydawnictwa dołożyć, oprócz czytelników rzecz jasna. Jeśli uda się taki trend utrzymać i nie pogrążyć się finansowo to gratulacje i duży plus dla SMAKU.

KUKBUK. Reklamy są i się nie ukrywają. Samochody, perfumy, płyn do mycia naczyń, artykuły dla dzieci, herbata, telewizory i wszystko czego dusza zapragnie. Chociaż może nie dusza, a producenci. Trochę za dużo. I trochę to przeszkadza i nie pozwala zapomnieć, że ktoś chce nam coś ciągle sprzedawać. Nasze zespołowe zdanie w tym temacie jest podzielone. Bo są tacy, którzy mówią – są reklamy, są pieniądze, są możliwości rozwoju, jest dobrze. Jakby jednak udało się bardziej tematycznie reklamodawców dobrać, byłoby chyba wszystkim przyjemniej.

CENA.
O cenach krótko i wspólnie. Oba magazyny to dwumiesięczniki. Ceny zatem nie są porażająco wysokie, choć odczuwalne. W czysto matematycznym porównaniu KUKBUK wygrywa. Może jednak reklamy robią swoje?
SMAK. 22 PLN. Prenumerata:  80 PLN za 4 numery, czyli 20 pln za jeden numer.
KUKBUK. 15 PLN. Prenumerata:  65 PLN za 5 numerów, czyli 13 pln za jeden numer.

KUKBUK i SMAK różnią się i uzupełniają. Bez wątpienia to dwie ciekawe propozycje na kulinarnym rynku wydawniczym, który do tej pory radził sobie za pomocą skandynawskiego formatu FOOD&FRIENDS. Innych magazynów kulinarnych nie było. Teraz mamy trzy. I każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. My zdecydowaliśmy się zaprenumerować KUKBUKA, ale bacznym okiem będziemy śledzić też SMAK i smakowe audycje w radiu PIN. Trudno jednoznacznie opowiedzieć się za jednym albo za drugim magazynem.  

A na koniec anegdotka. Na listopadowym Urban Markecie w Warszawie były stoiska SMAKU i KUKBUKA. SMAK tuż obok magazynu ZWYKŁE ŻYCIE i książek kulinarnych prezentował nowe, świeżutkie wydanie, a KUKBUK wraz z kulinarnymi pasjonatami serwującymi własne potrawy promował się poprzez stoisko jedzeniowe. Ktoś powie, że ratowali się jak mogli, bo ich gazeta jeszcze wtedy nie ukazała się drukiem i jakoś chcieli wybrnąć. Ok, pewnie jest to racja.Jednak po lekturze wydaje się, że KUKBUKOWI bliżej do jedzenia, a SMAKOWI do mówienia o jedzeniu. I nic w tym złego. Zobaczymy jak będą prezentowały się kolejne numery, a póki co zachęcamy do lektury, bo warto.

wtorek, 22 stycznia 2013

Wrażenia z Pasteli

Zima w pełni. Śnieg prószy coraz mocniej, mróz zaczął poważnie dokuczać a z domu  nie chce się wychodzić. My, ciągle głodni, tym chętniej wybieramy się w poszukiwaniu nowych kulinarnych smaków.
  
Tym razem gościliśmy się w restauracji Pastela, znajdującej się na ulicy Zamkowej. Już stary rynek, a ciut na uboczu. Nieopodal wzgórze Przemysła, świetnie znane poznańskim studentom i nie tylko, ze względu na wybudowany na nim Zamek Przemysła górujący nad starym rynkiem i widoczny z jego najdalszego kąta.


Obieramy azymut na zamek i do Pasteli droga prosta. Do lokalu wchodzimy przez ogródek - otwierany przy sprzyjającej aurze i dodatnich temperaturach. Wnętrze ciepłe i przyjemne. Co ciekawe, jest to również swego rodzaju galeria. Cyklicznie odbywają się tu wernisaże artystów. Aktualnie wiszą prace Steni Shaded. Miejsce, dzięki swojej właścicielce p.Joasi, jest otwarte na nowe działania i nietypowe inicjatywy. Coś co szczególnie nas urzekło i czemu gorąco kibicujemy: jest to miejsce przyjazne seniorom. - zaznaczone i wyróżnione przez Urząd Miasta i działające przy nim Centrum Inicjatyw Senioralnych. 
Dla tych, którzy ambitnie szukają gęsiny - dobra wiadomość. W karcie znajdziemy dania z gęsi. Warto wspomnieć, że Pastela była jedną z restauracji objętych ogólnopolską akcją „Czas na gęsinę”.

Szef kuchni Marcin Michalski daje z siebie wszystko. Karta aktualizowana jest co półtora miesiąca. Dania w niej raczej trudne do sklasyfikowania pod jedną, konkretną, „typową” kuchnią. Odzwierciedlają kulinarne podróże i inspiracje Marcina. Taki trochę kulinarny patchwork. Wśród przystawek fantazyjne pâté z sosem malinowym, łosoś, carpaccio wołowe, krewetki tygrysie czy bruschette z pomidorowym pesto. Wśród dań głównych różne typy mięsa. Od bardziej tradycyjnego kurczaka, poprzez steki z polędwicy wołowej, aż po królika dla smakosza.


Wybieramy pierś kurczaka w sosie żurawinowym serwowaną z babeczką z puree ziemniaczanego i grillowanymi warzywami. Smaczne, dla lubiących mięso na słodko, cieszy oko dla wzrokowców.

Drugi nasz typ to comber (część zwierzęcej półtuszy z części lędźwiowej grzbietu) z królika w sosie winno-śmietanowym. Podobno mięso królika jest bardzo chude (4-8 % tłuszczu) i co bardzo ważne - lekkostrawne. Zawiera 20 % białka, czyli więcej od wołowiny i wieprzowiny - idealnie! Królik autorstwa szefa Marcina serwowany jest z puree z marchewki i grillowanymi warzywami. Smak delikatnego mięsa przełamywał słodkawy smak marchewki przyprawionej imbirem – ciekawe połączenie. Do tego smakowity biały winny sos. Świetny pomysł na zimowe danie. Eleganckie podanie postawiło kropkę nad i. Ważna informacja dla lokalnych patriotów: króliki serwowane w Pasteli pochodzą z wielkopolskich hodowli.


Skusiliśmy się również na deser – tradycyjny sernik i smakowicie brzmiący mus z gruszek i białej czekolady podawany z gruszkowym sorbetem własnoręcznie przyrządzanym przez szefa kuchni. Ekstra! W konsystencji mus przypominał raczej panna cotta. Oba desery, mimo że poprawne, to jednak najsłabszy punkt wieczoru – oprócz sorbetu J Cóż, przyćmił je świetny smak dań głównych ;)


Restauracja Pastela w swojej ofercie posiada również duży wybór gorących czekolad, herbat i win, również sycylijskich.

Właścicielka Pani Joasia opowiedziała nam kilka historii dotyczących samego miejsca, jak i historii kuchni polskiej. Przyjemne z pożytecznym. Bogatsi o nowe doznania zmysłowe i intelektualne wychodzimy na mróz. Podobno pomaga spalać kalorie…

Ceny:
- pierś kurczaka z sosem żurawinowym: 27 pln
- comber z królika: 39 pln
- mus z gruszek i białej czekolady: 12 pln
- sernik z lodami czekoladowymi: 15 pln

czwartek, 17 stycznia 2013

Przed 4. odsłoną Restaurant Day Poland – fotostory


Ależ ten czas leci… Jeszcze niedawno przemierzaliśmy Poznań w poszukiwaniu niezapomnianych smaków w jednodniowych restauracjach podczas 3. edycji Restaurant Day Poland, a tutaj do kolejnej odsłony został zaledwie miesiąc. Już za 31 dni cały kraj – ba, cały świat! – znów opanuje kulinarne szaleństwo, a wszyscy marzący o swoim własnym kąciku na rozpostarcie gastronomicznych skrzydeł będą mieli szansę na podbicie serc i żołądków swoim wyjątkowym pop-upem.

Tych, którzy o idei Restaurant Day niewiele wiedzą, odsyłamy do naszego wcześniejszego wpisu – 3. Restaurant Day. Tam na pewno znajdziecie wszystkie niezbędne informacje. My tymczasem chcielibyśmy potraktować tę notkę jako swoistą odskocznię od naszego poznańskiego podwórka, przedstawiając Wam pokrótce jak wyglądały poprzednie edycje Dnia Restauracji na całym świecie. Jesteście ciekawi? Zapraszamy zatem w kulinarną podróż dookoła świata! ;)

Helsinki, Finlandia:


Ojczyzna Restaurant Day, zwanego tam Ravintolapäivä. To tutaj w maju 2011 r. odbyła się pierwsza edycja tego wydarzenia. Udział wzięło w niej wówczas niespełna 40 pop-upów (co, naszym zdaniem, i tak uznać można za sukces). Nie zabrakło kreatywnych pomysłów, czy to w formie restauracji z kanapkami które zjeżdżały do gości w koszyku, przez okno z trzeciego piętra, czy to piekarni gdzie każdy mógł przyrządzić własną pizzę ze świeżych składników, w oryginalnym kamiennym piecu.




Kopenhaga, Dania:


Tutaj Restaurant Day zawitał w sierpniu 2012 r. Również nie zabrakło miejsc z pomysłem, które dodatkowo często nawiązywały swoim menu do kulinarnych tradycji miasta, regionu i kraju. Można było spróbować m.in. pølse, czyli duńskiej wariacji na temat hot doga w wydaniu gourmet, czy småkage – ciasteczek tradycyjnych dla Jutlandii, wypiekanych w oryginalny sposób. Zabraknąć nie mogło też oczywiście smakowitych małży.


Tokio, Japonia:


Tak jest, Restaurant Day zawitał nawet w tak odległe i egzotyczne miejsca jak stolica kraju kwitnącej wiśni. Smaki? Prawdziwie eklektyczne: od specjałów z jadalnymi kwiatami w roli głównej w pop-upie Garland House, poprzez gourmet hot dogi w Ballon D’Essai, po świeże, wypiekane na miejscu pieczywo w Boulangerie TOKO & Rolling Scones – pop-upie otwartym w księgarni. Towarzystwo może niezbyt liczne – w listopadzie 2012 w Tokio otworzyły się tylko 4 jednodniowe restauracje – jednak na pewno pomysłowe.


Amsterdam, Holandia:


Holandia, obok Finlandii, Danii i Polski, błyskawicznie stała się jednym z największych ośrodków Restaurant  Day w Europie i na świecie. Pierwsza edycja odbyła się tutaj w sierpniu 2012 r., a wśród jednodniowych restauracji znalazły się m.in. poranny pop-upowy piknik w Vondelpark, mała knajpka w garażu gdzie daniem dnia były małże 'Kate Mossel' ('mossel' to właśnie 'małże' po holendersku), Bed&BreakfastBar serwujący śniadanie do łóżka, czy Banana BBQ Bar, w którym, jak można się domyśleć, główną rolę odgrywały banany (spróbować można było pinchos w liściach bananowca, bananowego piwa i innych smakołyków).


Reszta świata:

Syberia - Mobilny pop-up na biegunie zimna ;) Cafe Yuna częstowała pasażerów transsyberyjskiego pociągu 340ЧБ darmową herbatą i ciasteczkami w zamian za ciekawą historyjkę związaną z podróżami wpisaną w ich księgę gości. Super pomysł, prawda? 

Melbourne, Australia - Restaurant Day do góry nogami? Czemu nie! Już w lutym 2012 r. grupka miłośników kulinariów z Australii otworzyła swój własny pop-up, serwujący świeżą kawę, sticky pudding z daktylami i... kangura! 

Rio de Janeiro, Brazylia - kultura Restaurant Day za Atlantykiem. Słońce, samba i soulfood w wykonaniu dwóch jednodniowych szefów kuchni, Diego (Brazylijczyk) i Tuomasa (Fin), serwujących eklektyczne połączenie kuchni fińskiej, argentyńskiej i brazylijskiej, np. empanadas (pieczone pierożki z farszem mięsno-warzywnym) i lihapiirakka (dosłownie 'placek z mięsem', czyli fiński kuzyn empanadas).


Mamy nadzieję, że nabraliście apetytu na 4. Restaurant Day. Pamiętajcie, to już tylko miesiąc…

Przy okazji – co powiedzielibyście na pop-up Kulinarnego Poznania? :)


Zdjęcia:
- Helsinki: Tuomas Sarparanta, Timo Santala, via Restaurant Day Finland 
- Tokio: Luca Gabino, via Restaurant Day Tokyo
- Amsterdam: Lilian Sijbesma, via Restaurant Day Amsterdam
- Kopenhaga: heartstrung.wordpress.com

piątek, 11 stycznia 2013

Na tropie sushi cz. 1 - Mięsożerca i miłośnik surowej ryby


Ostatnio w męskim gronie spieraliśmy się o to czy zdeklarowany miłośnik ryb i owoców morza i rasowy mięsożerca mogą wspólnie usiąść przy jednym stoliku w restauracji sushi. Ponieważ dotarły nas słuchy, że Matii Sushi Restaurant w Poznań Financial Centre odświeżyło ostatnio swój team i w związku z tym również kartę menu ciepłego, właśnie tam zdecydowaliśmy się przeprowadzić nasz eksperyment.


Jeśli nie znacie Matii to słów kilka o tym co czeka Was po odsunięciu szklanych drzwi, które prowadzą do tej restauracji. Po pierwsze to lokal o dopracowanym wystroju, który łączy w sobie 3 pierwiastki – kulturę dalekiego wschodu, elegancję 5 gwiazdkowego hotelu i zachodni luz. W lokalu wszystko jest dopracowane, ale nie panuje usztywniona atmosfera. Można wskazać  kilka powodów  takiego stanu rzeczy. W tle sączy się muzyka z zachodniego kręgu kulturowego (podczas naszej wizyty Amy Winehouse), na niewielkich ekranach plazmowych podejrzeć można japońskie kreskówki – anime. Obsługa lokalu zna się na rzeczy. Serwis jest dyskretny i miły, wie o czym mówi i nie ma problemu żeby wprowadzić laików w świat dalekowschodnich zwyczajów, jak choćby posługiwania się pałeczkami.
Nie mamy problemu, żeby znaleźć  fajne miejsce, choć lokal jest w połowie wypełniony, co dobrze o nim świadczy. Jemy w piątek około godziny 16:00. Ponieważ zachęciła nas szczególnie oferta kuchni ciepłej na początek o nią właśnie pytamy.


Do wyboru mamy sporo. Zupy i menu krewetkowe odrzucamy, choć zdjęcia potraw wyglądają kusząco. Piotr stawia sprawę jasno – ma być konkret. Interesują go dania główne ze sporym udziałem mięsiwa. W tym zakresie propozycja jest solidna. Pod jedynką i dwójką czeka polędwica wołowa. Pierwsza z dodatkiem selera naciowego i ostrego sosu chili, druga to płonący stek z sosem wasabi i kurkami. Następnie ciekawie opisane i sfotografowane pierś z kaczki, kurczak i indonezyjskie żeberka a la Mimi. Tutaj warto wspomnieć, że całe nowe menu kuchni ciepłej jest dziełem międzynarodowego zespołu - Buni, Mimi i Hana, prawdziwych specjalistów od kuchni polskiej, indonezyjskiej i japońskiej. Mimi jest Indonezyjką, która jest dobrze znana na poznańskim rynku kulinarnym. Han to Japończyk, który upodobał sobie Poznań, a w szczególności pracę u Mitsuro Matii. Razem z Bunią - Polką, szefową kuchni hot teamu, wspólnie przygotowali kilkadziesiąt najciekawszych potraw z kręgu ich tradycji kulinarnej z których cała załoga Matii z Mitsuro Matii na czele wybrała te najlepsze. Ot i historia nowego menu. Piotr wybrał aromatyczną polędwicę wołową z dodatkiem selera naciowego i chili. Zachęcił go do tego sos, który miał mieć niezwykłą moc, a którego autorką jest Mimi.

Ja, dość już doświadczony pożeracz ryb, idę w stronę poznawania nowych smaków z tej kategorii. Decyduje się na solidny miks rolek, nigiri i oyakomaki. Te ostatnie to inspiracja, którą podsuwa mi sushi master Janusz. Niezwykle obeznany w swoim fachu, w którym przepracował ponad 7 lat. Z tego 3 lata w zespole jednej z największych kopenhaskich sieci restauracji japońskich, gdzie przeszedł wszelkie szczeble kariery i ukończył Akademię Sushi. Od dłuższego czasu związany z Mitsuro Restaurants, obecnie jest szefem sekcji sushi w Matii Sushi Restaurant. 
Janusz daje do zrozumienia, że kolejnym szczeblem wtajemniczenia w sushi po spróbowaniu wszelkich rolek: futomaków (wiele składników zawiniętych w ryż i matę z wodorostów - nori), hosomaków (tylko jeden składnik), datemaków (zamiast w nori składniki zawijane są w japoński omlet) jest przejście do surowej ryby bez dodatku ryżu i innych przeszkadzajek czyli sashimi. Etapem pośrednim są nigiri, gdzie małą garstkę ryżu przykrywa spory kawałek ryby, oyokomaki gdzie niewielka kuleczka ryżu otulona jest szczelnie przez płat świeżutkiej ryby z dodatkiem ikry lub przepiórczego żółtka. Czuję, że jestem już gotowy na oyokomaki i  nigiri. W rozmowie z Januszem dowiaduję się, że równie esencjonalny smak można znaleźć w węgorzu unagi. W Matii można go skosztować między innymi na górze rolki dragon roll, podawanej dodatkowo z świetnym sosem Kabayaki, który powstaje w procesie gotowania węgorza unagi. Koniecznie chcę spróbować tego specjału.
Finalnie moje zamówienie wygląda tak: Dragon roll, oyomaki sake, date ebiden, tuna futuo, nigiri sake.
Piotr do wołowiny dodał jeszcze hosomaki z kiszoną rzodkwią i sezamem. Cóż, może to i dobry krok w kierunku ryby J

Dania pojawiają się na naszym stoliku w zaskakującej formie. Wołowina wyłożona jest na gorącym talerzu, a sushi przypływa na statku! Uczta i to nie tylko smaku.
Po chwili obaj odpływamy w kulinarnej euforii. Wołowina zaskakuje kruchością i ciekawą kompozycją dodatków. Dodatkowy pazur nadaje jej pikantny sos Mimi. Sushi – długo by opowiadać. Najciekawsze pozycje to dragon i oyomaki z łososia i jego ikry, no i nigi sake z porem i sosem chili. Dragon to różnobarwna i wielosmakowa rolka, która łączy w sobie zarówno esencjonalny smak gotowanego węgorza unagi i sosu Kabayaki, jak i lekkość  krewetki w tempurze i orzeźwiającego ogórka. Z kolei  oyomaki to łosoś do potęgi – ikra jeszcze bardziej wzmacnia smak surowej, wybornej ryby. Działa trochę jak oliwa z oliwek na dobrej paście czy pizzy.


Cóż, niby restauracja sushi – więc wszystko powinno smakować tak samo. Okazuje się jednak, że jest to miejsce kulinarnych inspiracji i wielokrotnych powrotów. Od kiedy w Matii zagościło menu gorące, nawet osoba z alergią na ryby i owoce morza spokojne odnajdzie tam ciekawy smak. Miłośnik surowej ryby i owoców morza przepadnie tam bezkresnie. Uważajcie – to może uzależniać J