czwartek, 20 czerwca 2013

Preludium do Akademii Kulinarnego Poznania, czyli warsztaty kulinarne przed Nocą Restauracji

Tegoroczną Noc Restauracji, która odbyła się 24 maja, poprzedził cykl czterech bezpłatnych warsztatów kulinarnych zorganizowanych przy współpracy z poznańskim oddziałem terenowym Agencji Rynku Rolnego. Warsztaty te były czymś więcej niż tylko interesującym wstępem do największego święta restauracji w Polsce i Europie – stały się bowiem częścią szerszego przedsięwzięcia, jakim jest projekt rozwoju i promocji jakościowych kulinariów w Poznaniu, który tworzymy pod marką Kulinarnego Poznania. Właśnie w ramach Kulinarnego Poznania powstaje unikatowa na skalę kraju inicjatywa – Akademia Kulinarnego Poznania, w ramach której przez okres całego roku warsztaty dla poznaniaków prowadzić będą w swoich restauracjach szefowie kuchni najlepszych lokali w mieście.


Przed Nocą Restauracji zorganizowaliśmy wspólnie z Agencją Rynku Rolnego warsztaty w czterech topowych restauracjach – Hugo Restaurant, GOKO Restauracja Japońska, 3 Kolory Cafe grill & Restaurant oraz Pastela. Szefowie kuchni przedstawili możliwości kreatywnego wykorzystania jakościowych składników z regionu Wielkopolski, a uczestnicy mieli okazję poznać nowoczesne techniki kulinarne i ich zastosowanie do przygotowywania niecodziennych potraw z regionalnych składników, dostarczonych przez najlepszych wielkopolskich producentów.
„Poprzez organizowane warsztaty kulinarne chcemy dać poznaniakom możliwość poznania regionalnych produktów zaprezentowanych przez najlepszych szefów kuchni. Liczymy, że wiedza, którą nabędą podczas warsztatów będzie procentowała w ciekawszym i zdrowszym sposobie odżywiania na co dzień. Wierzymy także, że dzięki takim spotkaniom mieszkańcy Poznania docenią restauracje, w których liczy się zarówno zdrowy składnik, jak i jego mistrzowskie przyrządzenie. Zależy nam na budowaniu świadomości dobrej kuchni i kultury jadania w autorskich restauracjach” – mówi o warsztatach Andrzej Bobrowski, Dyrektor Agencji Rynku Rolnego OT w Poznaniu.

Pierwsze warsztaty odbyły się 15 maja w restauracji Pastela na ul. Zamkowej. Ich tematem były unikatowe kreacje z perliczki i królika, w tym przygotowanie specjalnego dania na Noc Restauracji –  „Królika na leśnej Polanie” – według autorskiego przepisu szefa kuchni Marcina Michalskiego. Piętnastu uczestników warsztatów pod okiem szefa Marcina od podstaw przygotowało swoje wersje autorskiego dania z królika. Po usunięciu kości przystąpiliśmy do przygotowania farszu, który następnie zawinięty został w rozbite tłuczkiem królicze mięso. „Prawie jak sushi z królika” – żartowali uczestnicy. 
Po krótkiej przerwie na pieczenie nadszedł czas na dokończenie dzieła, czyli obtoczenie rolad w orzechach i zadbanie o odpowiednie podanie. Szef Marcin na każdym kroku z uśmiechem asystował przy przygotowaniu sosu z konfitury aroniowej lub winegret na bazie oleju lnianego, czy nawet przy tworzeniu artystycznych kompozycji z sałat i owoców leśnych na talerzach. Każdy przygotował swoje danie odrobinę inaczej, więc było tyle wyjątkowych kreacji, ilu uczestników. Wszystkie były jednak równie smakowite.


Drugie warsztaty odbyły się dzień później, 16 maja, w restauracji 3 Kolory Cafe Grill & Restaurant. Położona nad jeziorem maltańskim Restauracja oferuje nie tylko ciekawe menu, ale też jeden z najpiękniejszych widoków w mieście. Tematem zajęć były możliwości wykorzystania wieprzowiny złotnickiej do kulinarnych kreacji według przepisów Adama Zastróżnego, szefa kuchni 3 Kolorów. Do stworzenia wybornej uczty wykorzystane zostały m.in.: schab z wieprzowiny złotnickiej, wielkopolskie młode ziemniaki i szparagi. 
Gwiazdą wieczoru było Nocne Danie restauracji 3 Kolory, czyli stek z karkówki, na które swój autorski przepis zdradził szef kuchni. Uczestnicy warsztatów dowiedzieli się również m.in. jak przygotować idealną marynatę do różnych rodzajów mięs z grilla, jakie składniki tworzą prawdziwą wielkopolską sałatkę ziemniaczaną, a nawet jak własnymi siłami zrobić pyszną piankę piwną, w interesujący sposób wieńczącą nasze kulinarne dzieła.


Po Pasteli i 3 Kolorach nadszedł czas na Hugo Restaurant i trzeci z warsztatów. Piętnastka uczestników spotkała się w znajdującej się na terenie City Parku restauracji w niedzielę, 19 maja. Tematem przewodnim była kreacja dań z wielkopolskich królików, pstrąga tęczowego i sezonowych warzyw według pomysłu Dominika Narlocha, z wykorzystaniem nowoczesnych technik kulinarnych, w tym metody sous vide, czyli gotowania w niskich temperaturach. To właśnie gotowanie sous vide było pierwszym zadaniem postawionym przed uczestnikami warsztatów. 
Po wcześniejszym przygotowaniu zapakowane próżniowo królicze combry z dodatkiem tymianku powędrowały do specjalnego urządzenia, w którym gotowane były przez 15 minut w temperaturze 61 stopni. Dlaczego warto gotować właśnie tą metodą? „Gotowane w ten sposób produkty nie tracą swojego naturalnego smaku ani wartości odżywczych. Technikę tę opracowali Francuzi, a nazwa oznacza ‘bez powietrza’. Podczas smażenia mięso lub ryby oddają swój smak tłuszczowi, przy gotowaniu smak oddawany jest wodzie. Dzięki sous vide – czyli gotowaniu w próżni – cały smak pozostaje w produkcie.” – tłumaczył Dominik Narloch, szef kuchni Hugo Restaurant. Następnie uczestnicy przygotowali m.in. chutney z rabarbaru, sezonowe warzywa, puree z zielonych szparagów czy sos z prażonych kości królika. Zwieńczeniem dzieła było przygotowanie talerza do wydania, przy czym wytrwale asystował szef Dominik.


Ostatnie warsztaty odbyły się 21 maja w GOKO Restauracji Japońskiej. Ich tematem było wykorzystanie wielkopolskich mięs – szczególnie polędwicy wołowej i wieprzowej – do przyrządzenia dań kuchni japońskiej według przepisu szefa kuchni, Patryka Jerzykowskiego. Warsztatom nie zabrakło otoczki wyjątkowości. Były to bowiem, jak stwierdził szef Patryk, pierwsze warsztaty w GOKO, których motywem przewodnim jest mięso – owszem, odbywają się tu zajęcia dla miłośników kuchni, ale poświęcone sushi.
Na uczestników warsztatów na stołach czekały tradycyjne kociołki shabu-shabu. W kociołkach, stojących cały czas na ogniu, gotuje się lekko pikantny bulion – dashi. Uczestnicy warsztatów przygotowywali w nim polędwicę wieprzową, pociętą z zegarmistrzowską precyzją na cieniutkie paski, zanurzając ją w bulionie na tak długo, jak trwa powolne wypowiedzenie słów „shabu shabu”. Przygotowane w ten sposób mięso na zewnątrz jest delikatnie ścięte, w środku – jeszcze surowe, a w smaku wspaniale maślane. 
Szef Patryk Jerzykowski zademonstrował również jak w kociołku przygotować warzywa, krewetki czy łososia. Gwiazdą drugiej części warsztatów była natomiast wielkopolska wołowina. Pod okiem szefa Patryka uczestnicy przeszli kurs sprawnego operowania japońskim nożem, co pozwoliło na pocięcie polędwicy wołowej na eleganckie plastry, które następnie opalano opalarką. Przygotowane w ten sposób mięso stało się częścią kreacji w skład której wchodziły również m.in. sałatka z glonów wakame z dodatkiem sezamu. Warsztaty w GOKO były wyśmienitą okazją by poznać nieco mniej znane oblicze kuchni japońskiej, odkryć smakowity mariaż smaków wielkopolskich i azjatyckich, oraz na własnej skórze przekonać się o słuszności japońskiego powiedzenia głoszącego, że im produkt mniej przetworzony, tym bardziej autentyczny w smaku.


Na sam koniec ważna informacja dla tych, którzy nie mieli okazji wziąć udziału w warsztatach poprzedzających Noc Restauracji. Otóż w ramach Kulinarnego Poznania powstaje unikatowa na skalę kraju inicjatywa – Akademia Kulinarnego Poznania, w ramach której przez okres całego roku warsztaty dla poznaniaków prowadzić będą w swoich restauracjach szefowie kuchni najlepszych lokali w mieście. Oficjalny start Akademii już niebawem – śledźcie nas na bieżąco!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Kyokai - czyli sushi design


Nasze ostatnie wyprawy kulinarne wypełnione były smakami Europy – dwa oblicza kuchni polskiej w Ratuszovej i Oberży Pod Dzwonkiem, niezapomniany smak Francji i Włoch w Le Palais du Jardin… Teraz czas na odmianę. Kulinarny Poznań wraca na trop najlepszego sushi w mieście! Tym razem w poszukiwaniu autentycznych smaków Kraju Kwitnącej Wiśni udajemy się do Kyokai, jednej z najjaśniejszych gwiazdek na poznańskiej mapie sushiżerców. Lokal mieści się w Starych Koszarach przy ulicy Wojskowej, tuż przy City Park. Sąsiaduje z takimi znakomitościami jak Hugo Restaurant czy Mielżyński Wine Bar. Klimat Starych Koszar jest unikatowy. Postindustrialne mury mieszczą niezwykle autorskie restauracje, salony urody, sklepy z designerskimi elementami wyposażenia wnętrz. Jeśli nie byliście jeszcze w Starych Koszarach polecamy je poznać czym prędzej :)


Po przekroczeniu progu restauracji znajdujemy się w niezwykle stylowym i nowoczesnym wnętrzu sali parterowej. Dominują tu jasne kolory – klasyczne zestawienie bieli i czerni z dodatkiem kontrastującej czerwieni. Na ścianach uwagę przykuwają interesujące grafiki inspirowane kulturą Japonii – obok nieco abstrakcyjnych, ekspresyjnych motywów (odrobinę przywodzących na myśl pollockowski action-painting) widać stylizowane wizerunki ryb koi. Najważniejszym elementem jest tu jednak niezaprzeczalnie spora, otwarta na widok gości stacja, w której z niezwykłą gracją i precyzją pracują sushimasterzy. Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest również opasająca stację taśma, po której wędrują talerzyki z sushi. Świetne rozwiązanie, natychmiastowo przywodzące na myśl restauracje z tętniącego życiem Tokio, a nieczęsto (jeśli w ogóle) widywane w poznańskich lokalach. Strasznie kusi nas by usiąść zaraz przy barze i z podziwem podglądać magików z Kyokai w akcji. Postanowiliśmy jednak sprawdzić co czeka na nas w sali na piętrze. 


Stylizacja zgoła odmienna. Dominują tu bardziej stonowane kolory, ze stylową czernią na czele. Powtarza się znów motyw przewodni ryby koi, tym razem wymalowany na sporej, matowej szybie odgradzającej viproom od reszty przestrzeni. Po usadowieniu się przy jednym ze stolików górnej sali na start zamawiamy tradycyjną, zieloną herbatę, która po chwili przybywa do nas w bardzo stylowych czajniczkach.
Nasza nieposkromiona ciekawość szybko dała o sobie znać. Rozgrzani filiżanką smakowitej senchy kierujemy się ku kuszącej stacji sushi, by poznać rekomendacje sushimasterów oraz uświadczyć wyjątkowego spektaklu, jakim w Kyokai jest przygotowywanie sushi.


Niesamowite wrażenie robi sprawność manualna ekipy która przygotowuje sushi. Nie sposób wyprowadzić chłopaków z równowagi. Nawet kiedy wciągnie się ich w dyskusję o japońskiej kuchni ich ruchy wciąż pozostają bezbłędnie precyzyjne. Spod ich noży wychodzą małe arcydzieła. Mieliśmy okazję spróbować kilku z nich.


Ponieważ nie każdy miłośnik sushi musi przepadać za rybą, w Kyokai również wegetarianie poczują się jak u siebie. My spróbowaliśmy wegetariańskiego futomaka zawijanego w świeży ogórek. W środku rolki znajdowały się jeszcze japoński omlet oraz serek. Całość obsypana nitkami chilli. Połączenie obłędne. Świetne także jako przystawka dla rybożerców. Cena tych rolek także była bardzo lekka :) Kosztują one 14 pln i są podawane na beżowych talerzykach. Tutaj warto wspomnieć o intuicyjnym systemie wyceny dań w Kyokai. Dania rozróżnione są kolorami, od białego do czarnego. Każdy kolor odpowiada innej cenie. Biały to 11 pln, czarny 35 pln. A ponieważ świat nie jest czarno-biały pomiędzy nimi znajdują się jeszcze  kolory: beżowy - 14 pln, brązowy - 19 pln, zielony - 25 pln i czerwony - 28 pln.


W Kyokai, co koniecznie trzeba podkreślić, rolki są bardzo zwarte i odpowiedniej wielkości. Co na pewno wyróżnia ten lokal spośród innych „susharni” w Poznaniu i w Polsce to proporcje ryby do ryżu. Tutaj potwierdza się hasło reklamowe Kyokai - „rozpiera nas ryba”. Te rolki to 80% ryby. Raj dla prawdziwych miłośników sushi! Jeśli dodamy, że w restauracji świeży tuńczyk pochodzi z Argentyny, a prawie każda ryba rozbierana jest na miejscu to odkryjemy połowę, a może nawet 80% sukcesu wyjątkowego smaku Kyokai :) My, zachęceni wybornym wegetariańskim starterem, nie mogliśmy sobie odmówić prawdziwej uczty sushi. 


Spróbowaliśmy:
Futomaków z łososiem i tuńczykiem  oraz warzywami i odrobiną japońskiego omleta zawijanych w różowy płatek sojowy podawanych na czerwonym talerzyku. Ujęły nas one genialnym połączeniem smaków. Prawdziwy rybny melanż w odpowiednim rozmiarze. 
Także na tym kolorze zastawy spróbowaliśmy rainbow maki z tuńczykiem  i awokado. Te niezwykle barwne rolki oferują intensywne doznania wzrokowe i dobrze zbalansowane doznania smakowe. 
Najbardziej chyba oryginalną i pozostającą w pamięci kreacją z sekcji czerwonej której próbowaliśmy były nigiri z tuńczykiem i omletem owinięte paskiem tykwy z odrobiną serka i porem. Ależ to obłędna kreacja i połączenie smaków oraz tekstur dość rzadko występujących obok siebie w sushi! Delikatna konsystencja tuńczyka i serka przełamane zostały słodką tykwą i chrupiącym porem. Dodając do tego aspekty wizualne to jedno z najciekawszych sushi jakie jedliśmy, nie tylko w Kyokai. Zdecydowanie warta swojej ceny.


Skosztowaliśmy też kilku zielonych talerzyków: smacznych nigiri z argentyńskim tuńczykiem, niezłych maków z łososiem i warzywami zawijanych w papier ryżowy z kwiatami japońskiej fasoli i spajającym całość serkiem oraz futomaków z krewetką i słodką tykwą zawiniętych w płatek omleta. Ta sekcja również nam smakowała (ale naszym gustom bliżej jednak do czerwonych talerzyków ;)).


Trzeba przyznać, że załoga Kyokai stanowi bardzo zgrany zespół, który wprowadza w lokalu atmosferę niezobowiązującego luzu, nie odejmując przy tym nic z designerskiej elegancji tego miejsca.
Podobnie można określić kreacje kulinarne w Kyokai. Doskonale pasują do stylu tego lokalu. Są świeże, eleganckie, dostojne, a przy tym nie brakuje w nich nutki szaleństwa oraz luzu. Żaden z Waszych zmysłów nie będzie się nudził obcując z nimi. Ich wygląd, zapach, a przede wszystkim smak zapamiętacie na długo. Tak długo, ile uda nam się wytrzymać do kolejnej wizyty w Kyokai. A po liczbie stałych klientów wiemy, że miejsce to dla wielu osób jest  nieodzownym składnikiem ich stylu życia. Nie dziwimy się! Z ręką na sercu polecamy ten lokal i sami nie możemy się już doczekać kolejnej wizyty. Następnym razem pewnie zdecydujemy się na nigiri i sashimi – czyli rybę w najczystszej postaci. Życzymy Wam smacznego i zapraszamy do podzielenia się wrażeniami z Kyokai.


wtorek, 19 marca 2013

Uchylamy rąbka kulinarnej tajemnicy, czyli (przedpremierowe) wrażenia z Ratuszovej

Tym razem w poszukiwaniu niezapomnianych smaków udaliśmy się na poznański Stary Rynek -  niewątpliwie jedno z najciekawszych kulinarnych ‘zagłębi’ w mieście. Zmierzamy prosto do kamienicy pod numerem 55, gdzie mieści się najstarsza restauracja na Rynku - Ratuszova. Z jednej strony spodziewaliśmy się pozytywnego zaskoczenia, z drugiej wielu poznaniaków starej daty zapowiadało, że zjemy tu tylko tradycyjnie po polsku czy wielkopolsku. My jednak poszliśmy tam w poszukiwaniu ciekawych, nowych, eleganckich smaków bazujących na kuchni polskiej. Czy Ratuszova sprosta naszym wymaganiom?

Do dyspozycji gości oddane są trzy sale: jedna na parterze oraz dwie w piwnicy budynku. My wybraliśmy stolik w nieco mniejszej, ale i odrobinę bardziej widnej sali parterowej. Wystrój idealnie oddaje tu ducha lokalu – jest więc elegancko, nieco tradycyjnie; na stołach nieskazitelnie czyste obrusy i świeże kwiaty, dookoła sporo ciemnego drewna. Pozostałe wnętrza Ratuszovej w podobny sposób utrzymują motyw przewodni, dodając jednocześnie swoje własne, unikatowe elementy – i tak jedna z sal w piwnicy jest nieco bardziej ‘staropolska’, elegancka, z ciekawymi malowidłami na ścianach; druga – bardziej nieformalna, z barem i przytłumionym oświetleniem. Każdy znajdzie więc tutaj coś co trafi w jego gusta, czy to przy okazji oficjalnego spotkania, romantycznej randki czy luźniejszego wyjścia ze znajomymi.


Równie zaskakujące jest menu Ratuszovej. Podstawą na bazie której szef kuchni Paweł Grygier tworzy swoje kreacje jest oczywiście kuchnia polska w wykwintnym, mieszczańskim wydaniu, wzbogacona jednak tu i ówdzie o smaki kuchni międzynarodowej i nowoczesne techniki, znane chociażby miłośnikom kuchni molekularnej. Szefowi kuchni należą się spore oklaski za stworzenie niebanalnych dań, umiejętnie łączących różne wpływy z zachowaniem ducha tradycyjnej kuchni polskiej. Nie ma mowy o sztuce dla sztuki – każdy składnik i zastosowana technika jest przemyślana i tworzy interesujący element kulinarnej układanki. Dodatkowo Szef Paweł wykazał się wielką otwartością uchylając przed nami rąbka kulinarnej tajemnicy – dzięki temu dane nam było przedpremierowo spróbować kreacji, które już niebawem mają szansę znaleźć się w menu.


Na przystawkę zamówiliśmy właśnie dwa dania przedpremierowe: polędwicę wołową po angielsku gotowaną w rewelacyjnej technice sous-vide (czyli w niskich temperaturach) z musem marchewkowo-pomarańczowo-paprykowym, karmelizowaną czerwoną cebulką, pianką parmezanową oraz emulsją z kolendry oraz krewetki scampi z puree z korzenia pietruszki podane z ziołowymi pomidorkami i emulsją z pietruszki. Obie kreacje podane w bardzo interesujący, nowoczesny sposób.
Smak polędwicy wołowej doskonale współgra z ‘molekularną’ pianką parmezanową. Ciekawy, słodko-pikantny smak musu marchewkowego w interesujący sposób dopełnił całości.
Druga z propozycji, nieco lżejsze i bardziej kobiece krewetki, również bardzo przypadły nam do gustu. Zaskoczeniem było puree z korzenia pietruszki – nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać, jednak połączenie ze scampi i pomidorkami ziołowymi zagrało pysznie.


Po wstępie czas na dania główne. Zdecydowaliśmy się na jedno danie niedostępne jeszcze w karcie: sandacza z kremową kapustą włoską, bekonem, solirodem oraz kapeluszami z prawdziwka podanymi z jajkiem przepiórczym i pyłkiem z borowika oraz ‘sztandarową’, dostępną na co dzień w menu polędwiczkę wieprzową z sosem śmietanowo–grzybowo–rozmarynowym ułożoną na plackach rosti (placki z grubo startych ziemniaków z dodatkiem masła, parmezanu i specjalnie dobranej mieszanki przypraw), serwowaną z gotowanymi na parze warzywami.
Sandacz był doskonale przygotowany, kruchy, delikatny i, przede wszystkim, pyszny, szczególnie w akompaniamencie kremowej kapusty włoskiej. Kropkę nad i postawiło połączenie grzybów (w formie kapeluszy i molekularnego pyłku) i ugotowanych na miękko jajek przepiórczych. Ogółem – przemyślane i smakowite danie.
Polędwiczka wieprzowa była chyba najbardziej tradycyjną i konwencjonalną kreacją jakiej spróbowaliśmy tego dnia. Mięso soczyste, delikatne; ziemniaki rosti doskonale zagrały z kremowym sosem. Widać, że szef kuchni Paweł ma nosa do udanych kompozycji.


Na deser – znów połączenie przedpremierowych i już dostępnych kreacji. Zamówiliśmy  mus czekoladowy z lodami orzechowymi i pudrem z białej czekolady (w menu już niebawem) oraz  zmrożone owoce z ciepłym sosem z białej czekolady. Pierwsze wrażenie – wow! Dawno nie widzieliśmy tak wizualnie stymulujących deserów. Smak obu kreacji dorównał wyglądowi.
Mus z belgijskiej czekolady nie przytłaczał słodkością, nawet w połączeniu z lodami orzechowymi. Całości wrażeń dopełniła słodka, perłowa klatka, w której szef kuchni zamknął kilka płatków róży. Zegarmistrzowska precyzja! Jeśli szukacie deseru który zaimponuje Waszej drugiej połówce – właśnie go znaleźliście ;)
Mimo że ciężko stanąć w szranki z czekoladowym musem, to zmrożone owoce poradziły sobie wyśmienicie. Smakowite czereśnie, maliny, borówki świetnie sprawdziły się w połączeniu z ciepłym sosem z białej czekolady.


Podsumowując, wizytę w Ratuszovej zdecydowanie uznajemy za udaną. Zaserwowane przedpremierowo kreacje sprostały naszym wysokim oczekiwaniom. Na pewno nie raz wrócimy na Stary Rynek do kamienicy numer 55. W międzyczasie polecamy Wam samodzielnie sprawdzić co czeka w Ratuszovej – zarówno wśród już dostępnych dań, jak i tych które w menu pojawią się za kilka tygodni. Świetną okazją ku temu by odwiedzić Ratuszovą będzie otwarcie ogródka na płycie Starego Rynku, które będzie miało miejsce już na początku kwietnia.

piątek, 1 marca 2013

Pika Pika w rytmie Hiszpanii – degustacja win roble


Pika Pika to niewątpliwie jedna z nieoficjalnych ambasad Hiszpanii w Poznaniu. Klimat, pomysł, wnętrze, właściciele, kucharze, obsługa i tytułowe wina importowane prosto ze słonecznej Espanii.
Właśnie na winach chcemy się tym razem skupić. Współwłaściciel Pika Pika, Inigo Cordon Moreno, postanowił przybliżyć poznaniakom hiszpańska kulturę winiarską i co jakiś czas organizuje degustacje z pogawędką za symboliczną piątkę. Dobre dla laików, jak i prawdziwych koneserów.

Inigo w Poznaniu jest ambasadorem nie tylko kultury hiszpańskiej, ale i kilku winnic, z których wina można się w Pika Pika napić w towarzystwie świetnych tapasów z oryginalnych hiszpańskich produktów, nabyć na domowy użytek, czy też wypróbować podczas jednej z licznych degustacji.
Podczas ostatniej z nich prezentowane były cztery wina Roble (tzn. młode wino, leżakujące w beczce dębowej przez około pół roku) z różnych hiszpańskich apelacji (czyli regionów produkcji wina). 

Jako pierwsze zaserwowano nam roble pochodzące z północy Hiszpanii, z okolic Saragossy - Santo Cristo z D.O. Campo de Borja. Blend szczepów tempranillo, cabernet sauvignon i garnacha w beczce odpoczywał 6 miesięcy. O owocowym posmaku i lekko filoetowawym zabarwieniu. Korzenny finisz rozgrzewa podniebienie. Wino lekkie, świetnie nadające się do tapas.

Drugie wino wieczoru to Distinto z D.O. Valencia. Jesteśmy na środkowo wschodnim wybrzeżu   Hiszpanii.  Klimat cieplejszy, śródziemnomorski. Wino z duszą. Stąd też jego nazwa („Distinto” to po polsku „inny”) – jako jedno z niewielu win tej apelacji produkowane jest w małej, rodzinnej winnicy, a nie przez wielkie korporacje. Wytwarzane z organicznych winogron szczepu tempranillo i syrah, bardzo popularnego w Hiszpanii. Distinto jest pełne przypraw, ziemi i bogatych smaków lukrecji i ciemnych jagód. Smak bardziej płaski, jak powiedziała jedna z uczestniczek degustacji.

Trzecie wino to Doble R pochodzące z doliny rzeki Duero, jednego z najstarszych regionów winiarskich w Hiszpanii, gdzie produkuje się znakomite, cenione wina. Zimny klimat nadaje winu niezwykłego charakteru. Intensywnie wyczuwalny szczep tempranillo; równie mocny kolor dojrzałej wiśni z niemal granatowymi odcieniami, 5 miesięcy dojrzewania w beczce z dębu francuskiego i amerykańskiego. Doskonale złożony i zrównoważony aromat dojrzałych czarnych owoców z nutką wanilii i przypraw. Ciekawy jest również design etykiety – mniej formalny, kolorowy, przywodzący na myśl francuskie Beaujolais Nouveau. Interesująca jest również geneza nazwy Doble R, czyli „podwójne r”. Otóż zainspirowana jest ona dużą częstotliwością występowania litery R w hiszpańskich słowach, w tym w imionach i nazwiskach założycieli winnicy (np. César Carrascal García, czyli nadworny winiarz w San Mames).


Ostatnie wino wieczoru pochodzi z Katalonii – to Flor d'englora roure z D.O. Montsant. Degustowane wino to kupaż szczepów garnacha, cariñena, merlot, syrah i tempranillo charakteryzujący się bogatym kolorem, intensywnie owocowym aromatem z nutą przypraw i wyczuwalnymi taninami. Na charakterystyczny smak ogromny wpływ ma położenie regionu – winorośle rosną na stromych wzgórzach i za dnia korzystają ze śródziemnomorskiego słońca, a nocą z chłodniejszych temperatur. Widoczna jest tutaj również charakterystyczna dla północnej Hiszpanii konfrontacja nowoczesności i tradycji, przejawiająca się w tym przypadku zestawieniem zaawansowanych technologii produkcji i nowoczesnego designu ze starymi winoroślami, liczącymi sobie nawet 80 lat. Efekt? Naprawdę wspaniałe wino, które sporej części uczestników degustacji niezmiernie przypadło do gustu.


W Pika pika możemy degustować, pytać, rozmawiać, próbować, dowiadywać się bardzo ciekawych rzeczy i wykorzystywać pełen profesjonalizm i niezwykle rozległą wiedzę Inigo i reszty jego załogi. My też dowiedzieliśmy się kilku ciekawostek, np. tego, że kolor wina oceniamy czy też porównujemy przechylając kieliszek niemal kładąc go na tle białej chusteczki. Poznaliśmy też odpowiedź na dręczące wielu początkujących winoholików pytanie: czy jeżeli długo będziemy przechowywać wino w domu, w butelce to stanie się ono szlachetniejsze? Absolutnie nie. Co najwyżej może skwaśnieć i nie nadawać się do konsumpcji. Wina młode nadają się do spożycia od razu po zakupie. Co innego z tymi długo leżakującymi :)

Mamy nadzieję, że zachęciliśmy was do uczestniczenia w kolejnej degustacji, która odbędzie się już w marcu. Prawdziwa przygoda w hiszpańskim klimacie. My już rezerwujemy miejsca! Gracias chicos! ;)


poniedziałek, 25 lutego 2013

Remedium na zimę, czyli wrażenia z Oberży Pod Dzwonkiem

Szaruga, która zagościła za naszymi oknami już jakiś czas temu, może nastawiać depresyjnie. Jak z nią walczyć? Najlepiej dobrą, tradycyjną kuchnią, która jest sprawdzonym remedium na takie stany. Nic przecież nie poprawi nam lepiej nastroju niż ciepły, rustykalny klimat, przyjazna atmosfera, życzliwość i kulinarne kreacje przywodzące na myśl czar wspomnień o kuchniach naszych mam i babć. Nie musieliśmy długo zastanawiać się więc nad celem naszej kolejnej kulinarnej podróży - Oberżo Pod Dzwonkiem, nadchodzimy!


Po dotarciu na ul. Garbary, gdzie pod numerem 54 mieści się Oberża Pod Dzwonkiem, nie trudno dojrzeć naszą restaurację. Wejście i witryna lokalu wykonane z ciemnego drewna  pozytywnie wyróżniają się na tle szarych ścian sąsiednich kamienic. Ta ciepła naturalność jest również motywem przewodnim wystroju wnętrza. Stropy podtrzymywane są przez wiekowe belki, stoły wykonane z postarzanych (a może autentycznie leciwych?) desek stoją na żeliwnych nogach, a my zasiadamy przy nich na krzesłach w formie beczek. Na szczególną wzmiankę zasługują liczne dodatki i akcesoria - figurki, słoje z zaprawami, staromodne żelazka i ceramika, dzwonki i dzwoneczki czy w końcu świetne siedziska przy barze wykonane z... siodeł. Nie przytłaczają, a podkreślają rustykalny charakter wnętrza i pokazują, że wystrój nie jest tutaj sztucznym tworem tylko wynikiem pasji właścicieli i załogi. Sprawia to, że od lokalu bije prawdziwe, niemal rodzinne ciepło i gościnność. Całości wrażeń dopełnia  personel, który z uśmiechem wita nas, odpowiada na pytania i sprawia, że w Oberży Pod Dzwonkiem czujemy się jak w domu.


Zainspirowani klimatem restauracji postanowiliśmy dać się ponieść tradycji również w kwestii wyborów kulinarnych. Z tego słynie Oberża Pod Dzwonkiem - smacznej, polskiej kuchni, której potrawy przenoszą nas do rodzinnego stołu. Chętnie spróbujemy! W karcie znajdujemy takie przysmaki jak smardze, tatary, raki, czy nawet wielkopolska dziczyzna. Smaczku potrawom dodają również nieco tajemnicze, lecz niezwykle kuszące nazwy - Szlachecka Igraszka, Leśna Symfonia czy Nieodparta Pokusa. Nasz wybór pada na Gorące Waldki, czyli śliwki w boczku, i Specjał Wytwornego Przeżuwacza, czyli golonkę - wprost wymarzony zestaw dla wszystkich mięsożerców. No i jak tu nie zakochać się w tych nazwach? :)


Na pierwszy ogień idą Gorące Waldki. Już po pierwszym kęsie wiemy, że dokonaliśmy dobrego wyboru. Boczek świetnie przypieczony, chrupiący, esencjonalny, niezbyt tłusty, mimo że smażony na głębokim tłuszczu. Ciekawie akompaniuje mu słodkawy smak polskich śliwek, tworząc znane nam (i uwielbiane!) połączenie nutki słodyczy i dymności. Całości ciekawie dopełnia odrobinę pikantny sos na bazie pomidorów, chilli i tabasco, z dodatkiem świeżych ziół, cytryny i miodu. Na wzmiankę zasługuje też podanie - proste, schludne, autentyczne i, przede wszystkim, bardzo miłe dla oka. W końcu jemy również oczami.

Czas na odpas drugi, a w nim Specjał Wytwornego Przeżuwacza - ogromny kawałek apetycznej golonki, duszonej i karmelizowanej na miodzie i podlewanej piwem. Na talerzu akompaniuje jej włoszczyzna w stylu bawarskim, kapusta zasmażana z odrobiną boczku, cebulki i majeranku oraz puree ziemniaczane ze szczyptą gałki muszkatołowej dla smaku. Całość podawana jest z dodatkiem musztardy i chrzanu. A nasze wrażenia? Miłośnicy golonki na pewno się nie zawiodą, mniej wprawionych mięsożerców zaskoczy delikatne i kruche mięso. Również dodatki ciekawie grają różnorodnością smaków - w bawarskich warzywach wyczuwamy zdecydowany, słodko-gorzki smak piwa; kontrastuje z nimi kwaśna kapusta, a rozpływające się w ustach mięso doskonale gra z mocnym chrzanem. Jesteśmy na tak!


W Oberży Pod Dzwonkiem szukaliśmy pewnej odmiany, powrotu do znanych nam smaków tradycyjnej kuchni polskiej, opanowanej niemalże do perfekcji przez nasze mamy i babcie. Czy Oberży udało się sprostać zadaniu? Naszym zdaniem jak najbardziej tak, a serwowane w restauracji kreacje, w połączeniu z rustykalnym, bezpretensjonalnym, ciepłym klimatem, na długo pozostaną w naszej pamięci. Warto odwiedzić ten lokal szukając chwili ukojenia i powrotu do tradycji kulinarnej.

Ceny:
- Gorące Waldki: 15 pln
- Specjał Wytwornego Przeżuwacza: 39 pln

czwartek, 21 lutego 2013

Le Palais du Jardin czyli wizyta w ogrodzie smaków.

Jeśli walentynki rozbudziły Wasze kulinarne namiętności, koniecznie podtrzymajcie ten efekt w jednej z najlepszych restauracji w Poznaniu. Restauracji, która powstała ona z miłości do jedzenia, a konkretnie kuchni francuskiej i włoskiej. Le Palais du Jardin. Miejsce znane z dobrego smaku. 
Jeśli gdzieś w Poznaniu mamy szansę znaleźć prawdziwą kuchnię francuską na najwyższym poziomie, to właśnie tutaj.



Przekraczając wejście kamienicy na Starym Rynku pod numerem 37 obawialiśmy się trochę formalnego klimatu, o jaki podejrzewać można Le Palais du Jardin. Jednak już po otwarciu drzwi nasze obawy ustąpiły genius loci tego miejsca. W tle dyskretna muzyka, piękne świeże lilie i delikatny zapach będący zapowiedzią dobrego jedzenia. Całość dobrego wrażenia dopełniło uprzejme i serdeczne powitanie kelnera.
Wybraliśmy stolik na górnej sali. Nieco większej niż sala dolna, bardziej widnej. Choć  na poziomie minus jeden kusiły nas ceglane sklepienia i atmosfera winnicy emanująca od setek wybornych butelek czekających na swoich amatorów. Górna sala pozwoliła rozkoszować się faktem, że w jesteśmy w restauracji o najciekawszej lokalizacji w mieście – vis a vis Ratusza, a za oknem pięknie pruszy śnieg. Czego chcieć więcej? Dobrego jedzenia.



Wybór nie był łatwy, gdyż w karcie czeka na nas sporo pokus. Zarówno dla tych przywiązanych do klasyki, jak i chętnych do kulinarnych odkryć. Na bardziej odważnych ślimaki pieczone w maśle czosnkowym (próbowaliśmy we Francji – poezja), świeże ostrygi z regionu Bordeaux (chyba jedyne miejsce w Poznaniu, gdzie można zjeść ten afrodyzjak), półsurowy tuńczyk wędzony w liściach jaśminu i zielonej herbacie, figi w glazurze z miodu lipowego czy pierś z… gołębia smażona na palonym maśle z rozmarynem i dzikim czosnkiem. Łowcy śródziemnomorskiej klasyki muszą koniecznie spróbować: obłędnej francuskiej zupy cebulowej ( trudno wyobrazić sobie lepszą niż tutejsza), zupę rybną z wybrzeży południowej Sycylii czy cassoulet z żabnicy, comber z sarny, filet z polędwicy wołowej z grill’a… Och, jest w czym wybierać.
My, zastanawiając się nad wyborem dań założyliśmy, że chcemy zjeść sycący, choć lekki posiłek. Nasza ładniejsza połowa skierowała swoje preferencje w stronę sałat, ja zdecydowałem się na doradę. Bardzo ciekawą, choć niedocenianą rybę śródziemnomorską. Na deser wybraliśmy creme brulee.

Dania wyglądały pięknie. Kompozycje idealne. Gruszkę marynowaną w białym winie i goździkach z sałatami, tostowanymi orzechami nerkowca i serowym chipsem własnego wypieku (to jeden z elementów menu walentynkowego)  można było jeść oczami! A po spróbowaniu okazało się, że to połączenie słodko-kwaśne idealnie nadaje się na lekki lunch. A dorada? Roskosz, którą dopełniło rozpływające się gratin z selera i  liście szpinaku. Całość podkreślona sosem z dzikich wiśni. Fantastyczne zestawienie. Polecamy bardzo.


O creme brulee z Palais du Jardin słyszeliśmy już wcześniej. W samych superlatywach. Cóż, nie będziemy oryginalni. Jest świetny. Podany ze świeżymi truskawkami. Płonący. Idealny na romantyczny walentynkowy wieczór.

Lunch w Palais du Jardin nas rozanielił. Trudno było wrócić do pracy i skupić się. Posmak creme brulee i wspomnienie całości posiłku miło na to nie pozwalały.


Podsumowując śmiało możemy stwierdzić, że Amore i L’amour spotykają się na jednym talerzu w Poznaniu w jednym miejscu. Francusko - włoski romans smaków możliwy tylko w Palais du Jardin. Jeśli szukacie wyśmienitego lokalu z oszałamiająco pyszną-kuchnią koniecznie musicie odwiedzić Le Palais. Trudno wyobrazić sobie lepszy lokal na spotkania urodzinowe, owocne randki czy rocznice. 


Warto także odwiedzić nową stronę www.lepalaisdujardin.pl, na której można poczuć przedsmak możliwości tej restauracji oraz sprawdzić ceny, które zaskakują... swoją przystępnością. Dania główne zaczynają się tu bowiem od 39 pln, a zakąski (np. zapiekane ślimaki od 19 pln). Polecamy gorąco.



czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki w BlowUp Hall 5050 – menu romantyczne


Jest taki dzień, gdy miłość opanowuje każdego z nas – mowa oczywiście o Walentynkach, najromantyczniejszym święcie w roku. My, kierowani miłością do wyjątkowych kulinariów, postanowiliśmy wypróbować specjalne menu dla zakochanych w restauracji BlowUp Hall 5050, a więc miejsca stworzonego wręcz do obchodzenia specjalnych okazji – miejsca eleganckiego, wyrafinowanego, nowoczesnego, a jednocześnie nieprzytłaczającego i dającego tak drogie nam poczucie intymności.

Tomasz Trąbski, szef kuchni restauracji, specjalnie na Walentynki przygotował wyjątkowe menu romantyczne. Warto podkreślić, że standardowo wysokie doznania kulinarne dodatkowo wzmagane są przez użyte we wszystkich kreacjach naturalne afrodyzjaki. Samo menu składa się z przystawki, zupy, dania głównego i deseru. Do wyboru mamy selekcję naprawdę bardzo pomysłowych kreacji, których same nazwy pobudzają nasze zmysły.

 
W ramach przystawek wybierać możemy spośród startera ciepłego – świeżych muli duszonych w białym winie i ziołach – oraz zimnego – gruszki marynowanej na dwa sposoby z musem z owczego sera i emulsją orzechową. My, zadeklarowani miłośnicy owoców morza, wybraliśmy doskonałe mule, prawdopodobnie jeden z najbardziej znanych kulinarnych afrodyzjaków. Nawet tak pozornie proste, rustykalne wręcz danie w wykonaniu Tomka Trąbskiego nabiera nowego wymiaru. Doskonała kompozycja smaków i aromatów, kuchenna symfonia. Przy takim starcie nie możemy wręcz doczekać się kolejnych doznań.



Po przystawkach czas na zupę, czyli krem z kalafiora z pieczonym serem. Oczywiście i tutaj możemy spodziewać się niecodziennych rozwiązań. I tak, na naszym talerzu pojawia się kreacja będąca połączeniem tradycyjnego, znanego nam kalafiora białego oraz… fioletowego! Ciekawego smaczku dodają również kawałki pieczonego sera oraz świetnie przełamujące tekstury ziarenka granatu. Ogólne wrażenia – bardzo pozytywne.


Wśród dań głównych – również dwie propozycje do wyboru. Tym razem opcja mięsna i rybna. Na mięsożerców czeka niesamowita wołowina Wellington z sezonowymi warzywami, przygotowana w tradycyjny, francuski sposób. Opcja rybna wydaje się jednak nie mniej kusząca – grillowana polędwica z tuńczyka, marynowana przez dobę w soku z limonki i grejpfruta, podana z małżami św. Jakuba oraz salsą z mango i chilli. Wołowina okazuje się strzałem w dziesiątkę – raj dla podniebienia! W cieście, oprócz idealnie wypieczonego kawałka dojrzewającej wołowiny Angus – stworzonej wprost do steków, znajdujemy również smakowite dodatki w formie szpinaku i grzybów. Bardzo przyjemnie gra również delikatnie wyczuwalny, bogaty smak foiegras. Połączenie wyjątkowo jak na Szefa Tomasza tradycyjne, jednak doskonale rozumiemy intencje – ideału się nie zmienia ;). Całość ciekawie komponuje się również z sezonowymi warzywami, wśród których znajdziemy m.in. baby carrots, zielone szparagi czy strączki groszku cukrowego. Warto wspomnieć, że każdy kawałek wołowiny Wellington w restauracji BlowUp Hall 5050 przygotowywany jest indywidualnie, wprost do zamówienia.


Zwieńczeniem godnym kulinarnego arcydzieła okazuje się deser. Propozycja w menu to deser-trio, czyli creme caramel, ciasteczko toffi i lody z białej czekolady. Szef Kuchni zestaw ten określił mianem odrobinę bardziej ‘męskiego’ deseru. My, uraczeni mulami i wołowiną, postanowiliśmy dać się zaskoczyć i spróbować nieco lżejszego, delikatniejszego deseru niespodzianki. Nie żałujemy :) Na naszym stole pojawia się bowiem smakowity kawałek kruchego ciasta na którym w towarzystwie śmietany z akacjami spoczywają świeże maliny. Całość zwieńczona jest natomiast czymś, co na pierwszy rzut oka przypomina kandyzowane wiśnie, na których spoczywają jadalne płatki szczerego złota. Cóż za pomyłka z naszej strony! Okazuje się bowiem, że ‘wiśnie’ to przepyszny sos owocowy zamknięty w delikatnej, inspirowanej nieco kuchnią molekularną, otoczce z alg, która pięknie rozpływa się po pierwszym dotknięciu widelca. Cóż za widok… Cóż za smak! Do tego niemal zegarmistrzowska precyzja wykonania i podania.

Podsumowując - menu romantyczne w BlowUp Hall 5050 nas urzekło. W niebanalnych kreacjach stworzonych przez szefa kuchni Tomasza Trąbskiego widać prawdziwą pasję i zamiłowanie do najwyższej klasy kulinariów. Użyte w nich naturalne afrodyzjaki - mule, pyszna wołowina - rozbudziły nasze zmysły. Wyśmienite jedzenie, eleganckie wnętrza, uśmiechnięta i przyjazna obsługa - czego chcieć więcej na intymnej, romantycznej randce...? Warto również wspomnieć  że Walentynki w BlowUp Hall 5050 trwają aż do końca lutego. Jeśli więc nie udało się Wam jeszcze skosztować kulinarnych arcydzieł spod ręki szefa Trąbskiego - nic straconego. Polecamy!


Menu romantyczne w BlowUp Hall 5050 składa się z przystawki, zupy, dania głównego i deseru. Cena zestawu - 200 pln za parę. Do menu jako aperitif szef kuchni poleca szampana Moet lub Kir Royale z malinową nutą w cenie 50 pln każdy, a do kolacji białe lub czerwone wino w cenie 25 pln.